Nelson

Nelson

Marcin rozpoczyna rocznicę swoich urodzin piętnastokilometrowym biegiem wzdłuż rozległych plaż Nelson. Wraca szczęśliwy i zachwycony spotkanymi okolicznościami. Całuję go, życząc wszystkiego co najlepsze. Zaraz potem pędzimy na market –  jak go zwie z angielska  – Aga. Pogoda rewelacyjna, ostre słońce i błękitne niebo. Na straganach lokalni artyści wystawiają rękodzieło: barwna ceramika, ciekawe elementy rzemiosła kowalskiego  sąsiadują z miękkimi poduchami i drobiazgiem biżuterii. Zatrzymujemy się, porównujemy, szukamy czegoś dla siebie. Kupujemy cytryny i wędzone sole, jako dodatek do prezentu dla solenizanta – plecionych opasek na rękę. Jestem lekko przeziębiona i do końca dnia zostaję na miejscu. Reszta ekipy rusza na wycieczkę wzdłuż plaż Morza Tasmańskiego.

W ciszy kontempluję intensywne przeżycia ostatnich dni. Jestem w samym centrum ptasiego świergotu. Trwa zacięta rywalizacja o melodię dnia. Jeden z ptaków usiadł na gałęzi obok mojego okna, schylił nisko główkę i rozchylił wachlarz ogona mieniący się jasnymi promieniami piór… Zaczepnie przelatywał z gałęzi na gałąź, powtarzając rytuał. Wielkie widowisko małego stworzenia. Później przeczytam, że to zwinna wachlarzówka.
Promienie słońca leniwie przesuwają się po lśniącej mahoniem podłodze. Góry widziane gdzieś w oddali zmieniają barwę z ciemnego granatu na wyblakłą szarość. Morze migocze delikatnymi odcieniami seledynu, bladych niebieskości i wibrującej bieli. Odpływ ukazuje nagość piasków bogato porośniętej roślinnością wysepki. W dali maleńkie kolorowe żaglówki przecinają subtelnymi liniami perlistą powierzchnię morza.

Powraca ekipa, na obiad smaczne tajskie na bogato. Wieczorkiem dobra muzyka, zaglądamy w ekrany aparatów, podsumowując doświadczenia dnia. Dla mnie wyciszenie, pozostała część ekipy jeszcze pod wrażeniem burzliwej eskapady łodzią motorową na miejsce rozpoczęcia wędrówki w Abel Tasman National Park, wrażeń dwunastokilometrowej marszruty wybrzeżem i przypadkowego towarzystwa ptaka kea, łagodnego nielota, który niechętnie znosił sesję fotograficzną, co rusz zaczepiając oko aparatu.