W drodze do Nelson

W drodze do Nelson

Ruszamy z portu Wellington Cieśniną Cooka do Picton. Prom Blu Bird cicho mruczy, lekko kołysząc się na falach. Żegnamy gościnny port, wypływamy na moment w szerokie wody Morza Tasmańskiego, by niebawem ukryć się w wśród licznych zatoczek południowej wyspy. Podróż upływa w przyjemnie sennej atmosferze. Dobijamy do portu. Stamtąd wygłodniali gnamy do najlepszego (jak nas zapewnili właściciele w Horopito) w Nowej Zelndii Fish&Chips. Odkrywamy duże, doskonale zielone muszle podawane z mlekiem kokosowym, białym winem i chili. Pycha! Cześć z nas oczywiście na tym nie poprzestaje i zajada się rybą z chipsami. Jeszcze mały rzut oka do lokalnej galerii sztuki, gdzie właściciele zestawili rodzinne malarstwo z ręcznie malowaną ceramiką i zabawnymi wazonami z filcu. Wspinamy się krętą drogą wzgórz bogatych w zieleń i wszędobylskim żarnowcem rozpychającym się żółcienią wśród krągłości pagórków.

Docieramy do Nelson, pięknego miejsca nad brzegiem morza. Lokujemy się w przyjemnej kwaterze, nie spotykamy się z gospodarzami, klucze czekają w umówionym miejscu i tam też je zostawimy. Brak sprawdzania czy wszystko na miejscu, pełne zaufanie do gości. Apartamenty z ogromnymi oknami skierowane są na sąsiadujące wyspy. Widok przykuwa wzrok. Drewniany taras z wygodnymi fotelami i myśl Agi, tak można żyć i tu może być…